Dlaczego języki regularnie „psują” własne zasady?

Gdy w słowniku języka polskiego pojawia się nowe słowo, które narusza dawne reguły gramatyczne, tradycjonaliści łapią się za głowy. Słysząc formy takie jak "wbił" zamiast dawnego normatywnego wariantu albo używanie słowa "autoryzować" w znaczeniu zatwierdzania płatności kartą, łatwo odnieść wrażenie, że współczesna mowa po prostu ulega degradacji. Język wydaje się sam siebie psuć, odrzucając precyzyjne mechanizmy wypracowane przez pokolenia.

Tyle że z perspektywy historycznej i lingwistycznej dzieje się coś zupełnie odwrotnego. Język nie psuje się z lenistwa. Przechodzi przez proces nieustającej optymalizacji, który przypomina ewolucję biologiczną. Podobnie jak organizmy żywe pozbywają się narządów szczątkowych, tak systemy językowe regularnie odrzucają zasady, które stały się zbyt skomplikowane, uciążliwe lub po prostu przestały być potrzebne w codziennej komunikacji.

Dlaczego regularność w języku przegrywa z wygodą

Ludzki mózg uwielbia schematy, ale jeszcze bardziej lubi drogi na skróty. W gramatyce zjawisko to nazywa się ekonomią językową. Jeśli jakaś zasada wymaga ciągłego kontrolowania wyjątków, użytkownicy prędzej czy później zaczną ją naginać. Doskonale widać to na przykładzie odmiany wyrazów. Dawne systemy pełne były nieregularnych końcówek, które w procesie ustnej komunikacji łatwo pomylić.

Badania nad zmianami językowymi pokazują, że dzieci uczące się mowy są głównym motorem tej przebudowy. Maluchy stosują zasady gramatyczne w sposób bezwzględnie logiczny. Skoro czasownik "robić" tworzy formę "zrobił", to według dziecięcej logiki czasownik "iść" powinien tworzyć formę "poszedł", ale też naturalnie pojawiają się próby uproszczeń tam, gdzie dorosły system nakazuje stosować skomplikowane oboczności. Dorastając, przejmujemy część tradycyjnych wyjątków, ale presja masowej komunikacji sprawia, że najbardziej kłopotliwe nieregularności ulegają wygładzeniu.

Wystarczy spojrzeć na język angielski, który w swojej historii pozbył się niemal całego skomplikowanego systemu przypadków rzeczowników. Z perspektywy dawnej staroangielskiej gramatyki, współczesny angielski jest potwornie "zepsutą" wersją tamtego języka. Stracił precyzję, stopił końcówki i uprościł czasowniki. Zyskał jednak coś znacznie cenniejszego, globalną nośność i łatwość przyswajania przez setki milionów ludzi na całym świecie.

Gdy zasada staje się hamulcem

Język służy do przekazywania myśli, a nie do pielęgnowania muzealnych eksponatów. Kiedy zmienia się rzeczywistość wokół nas, dawne reguły zaczynają trzeszczeć w szwach. Pojawiają się nowe zjawiska technologiczne, społeczne i kulturowe, które domagają się nazwania. Stare zasady słowotwórcze bywają zbyt sztywne, by pomieścić dynamikę współczesnego świata.

Kiedy w obiegu publicznym zaczynają dominować nowe formy, puryści językowi alarmują o kryzysie normy. Instytucje stojące na straży czystości mowy, takie jak Rada Języka Polskiego, regularnie muszą mierzyć się z dylematem: czy potępiać formy powszechne, ale niezgodne z dawcaną tradycją, czy uznać fakt, że język właśnie zmienił bieg rzeki.

Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Słowo "włączyć" dawniej odnosiło się głównie do urządzeń elektrycznych podłączanych do prądu. Dziś "włączamy się" do dyskusji, włączamy do ruchu drogowego, a nawet włączamy do organizacji. Dawna reguła ograniczenia semantycznego pękła, ponieważ potrzebowaliśmy jednego, pojemnego czasownika do wyrażenia idei aktywnego uczestnictwa.

Ewolucja czy błąd, czyli kto tu rządzi

Warto spojrzeć na ten proces bez paniki. Język nie ma właściciela w postaci słownika czy gramatyki szkolnej. Słownik jest jedynie fotografią stanu faktycznego zrobioną w danym momencie, a nie wiecznym kodeksem prawnym. Gdy miliony ludzi zaczynają masowo łamać jakąś zasadę, to znak, że ta zasada przestała pełnić swoją funkcję.

Psując własne reguły, język w rzeczywistości dostosowuje się do naszych poznawczych ograniczeń i tempa życia. To mechanizm samoregulacji. Zamiast płakać nad utraconymi nieregularnościami dawnej polszczyzny czy łaciny, warto docenić fakt, że mowa pozostaje żywym, elastycznym narzędziem, które potrafi giąć się tak, abyśmy zawsze mogli porozumieć się bez nadmiernego wysiłku.