Gdyby nasze organy miały profile w mediach społecznościowych, nerki prawdopodobnie prowadziłyby najbardziej tajemnicze i niedoceniane konta w sieci. Pracują bez ani jednej sekundy urlopu, filtrując dzienne setki litrów płynów i regulując ciśnienie tętnicze, a przy tym… niemal nigdy nie narzekają. W tym milczeniu tkwi jednak potężna pułapka, na którą zwracają uwagę najnowsze analizy portalu Rynek Zdrowia w artykule zatytułowanym „Nerki – informacje”. Problem dotyczy w Polsce już blisko 4,5 do 4,7 miliona osób, co stawia nas przed epidemią XXI wieku, o której większość z nas nie ma absolutnie pojęcia.
Skala tego zjawiska mrozi krew w żyłach, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie statystyki przytaczane przez specjalistów. Aż 95 procent chorych na przewlekłą chorobę nerek (PChN) w naszym kraju nie ma o tym fakcie zielonego pojęcia. Narząd ten nie boli we wczesnych etapach, nie wysyła dramatycznych sygnałów ostrzegawczych, a pacjenci trafiają do gabinetów nefrologicznych zazwyczaj wtedy, gdy filtry w ich ciałach są zniszczone w siedemdziesięciu lub osiemdziesięciu procentach, a ratunkiem pozostają już tylko dializy lub przeszczep. Prawdziwy paradoks polskiej ochrony zdrowia polega na tym, że chociaż na zaawansowane procedury leczenia nerkozastępczego wydaje się miliardy złotych, to systemowa profilaktyka wciąż kuleje.
Cicha epidemia i koszty, których można uniknąć
Przewlekła choroba nerek rzadko występuje w próżni. Najczęściej idzie ramię w ramię z innymi plagami współczesności: nadciśnieniem tętniczym, cukrzycą typu 2 oraz otyłością. Jeśli ktoś machnie ręką na lekko podwyższone ciśnienie albo zignoruje kilogramy nadwagi, daje zielone światło procesowi, który powoli, lecz skutecznie wyniszcza miąższ nerek. Według danych Najwyższej Izby Kontroli oraz ekspertów medycznych, z powodu powikłań i zbyt późnego wykrycia schorzeń nerek co roku przedwcześnie umiera w Polsce około 80 tysięcy osób. Szacunki te pokazują, że problemy nefrologiczne skracają średnią długość życia w naszym kraju o ponad dwa lata. Szokujące? Zdecydowanie, zwłaszcza że wystarczy jedno proste badanie krwi na poziom kreatyniny (z wyliczeniem wskaźnika eGFR) oraz ogólne badanie moczu, aby wykryć problem na etapie, w którym da się go skutecznie kontrolować.
Systemowe absurdy i biurokracja wokół dializ
Kiedy system ochrony zdrowia budzi się dopiero w obliczu schyłkowej niewydolności narządu, koszty rosną lawinowo. Z raportów wynika, że na diagnostykę i leczenie PChN przeznaczono w ostatnich latach ponad 6 miliardów złotych, z czego aż 92 procent pożerały koszty samych dializoterapii oraz przeszczepów. Krajowi konsultanci w dziedzinie nefrologii od dłuższego czasu alarmują, że polski model finansowania usług medycznych premiuje samo leczenie skutków zamiast zapobiegania. Ośrodki medyczne często borykają się z absurdami kontraktowymi, które utrudniają rozwój bardziej elastycznych metod leczenia – takich jak chociażby dializa otrzewnowa, pozwalająca pacjentom na większą samodzielność w warunkach domowych. Do tego dochodzi dramatyczny deficyt kadr lekarskich; specjalizacja z nefrologii nie przyciąga młodych medyków tak chętnie, jak inne działy medycyny, a istniejące poradnie pękają w szwach, notując wydłużające się w zastraszającym tempie kolejki.
Co można zrobić tu i teraz?
Nadzieją na poprawę sytuacji ma być rozwój opieki koordynowanej w ramach podstawowej opieki zdrowotnej (POZ), która powoli uczy lekarzy rodzinnych szerszego wdrażania zaawansowanej diagnostyki u pacjentów z grup ryzyka. Warto jednak pamiętać, że żaden program rządowy nie zastępi podstawowej czujności samego pacjenta. Jeśli czujesz zmęczenie, zauważasz zmiany w oddawaniu moczu, masz problem z nadciśnieniem lub cukrzycą – nie czekaj na cud, aż organizm sam poprosi o pomoc. Nerki to nie żelazko, nie wyłączą się same z siebie z głośnym piknięciem. Zamiast tego zrobią po prostu „cichy reset”, którego skutki mogą okazać się nieodwracalne.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl