Gdy myślimy o kleszczach, w naszej wyobraźni zazwyczaj pojawia się gęsty las, wysokie paprocie i leśne ścieżki, na których łatwo o niechcianego pasażera na skórze. Tymczasem najnowsze dane epidemiologiczne przynoszą wnioski, które mogą mocno zaskoczyć każdego, kto uważał się za bezpiecznego z dala od dzikiej przyrody. Okazuje się, że spacer po własnym osiedlowym parku czy pielenie grządek we własnym ogródku niosą ze sobą dokładnie takie samo, a czasem nawet większe ryzyko niż wyprawa w Bieszczady. Co gorsza, groźny wirus przenoszony przez te małe pajęczaki zbiera coraz obfitsze żniwo, a statystyki zachorowań w Polsce szybują w górę. Jak to możliwe, że problem, o którym mówi się od lat, nagle nabiera zupełnie nowego, groźnego wymiaru?
Problem kleszczowego zapalenia mózgu (KZM), co szczegółowo omawia portal Rynek Zdrowia w swoim opracowaniu pt. Kleszczowe zapalenie mózgu – informacje, przestaje być niszową dolegliwością dotykającą wyłącznie grzybiarzy czy leśników. Z danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH wynika, że liczba przypadków tej groźnej neuroinfekcji systematycznie rośnie. Dla porównania, podczas gdy w 2019 roku odnotowano w kraju 265 zachorowań, w kolejnych latach statystyki zaczęły drastycznie rosnąć, osiągając blisko 800 przypadków rocznie. Imieniem sprawiedliwości dziejowej warto zauważyć, że kleszcze chyba po prostu polubiły naszą bliskość – aż około 90 proc. zakażeń ma swój początek w okolicach miejsca zamieszkania. Szokujące? Zdecydowanie, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że zamiast dzikiego buszu winne bywają zadbane trawniki wokół domów jednorodzinnych.
Dlaczego kleszcze atakują coraz śmielej?
Za ten niekorzystny trend odpowiada kilka czynników, na czele ze zmianami klimatycznymi. Łagodne zimy sprawiają, że populacja drobnych gryzoni – głównych żywicieli kleszczy – ma się świetnie, a same pajęczaki nie zapadają w głęboki letarg czy zimowy sen. W efekcie sezon na kleszcze w zasadzie się nie kończy i trwa przez większą część roku. Co ciekawe, wirus KZM znajduje się bezpośrednio w ślinie kleszcza, co oznacza, że w przeciwieństwie do bakterii wywołujących boreliozę, do zakażenia dochodzi w ułamku sekundy od ukłucia. Szybkie wyciągnięcie intruza pęsetą – choć oczywiście konieczne – niestety nie daje gwarancji, że nie zdążył on „poczęstować” nas mikroskopijną, ale niezwykle groźną dawką wirusa.
Przebieg choroby bywa zdradliwy i zazwyczaj dwufazowy. Pierwsza faza przypomina zwykłą grypę – pojawia się gorączka, bóle mięśni oraz ogólne rozbicie. Dopiero druga faza, w której wirus atakuje ośrodkowy układ nerwowy, pokazuje prawdziwe oblicze KZM, prowadząc do zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, mózgu lub rdzenia kręgowego. A tu statystyki potrafią przyprawić o zawrót głowy: u kilkudziesięciu procent pacjentów choroba pozostawia trwale ubytki neurologiczne, paraliże czy zaburzenia pamięci, a w nielicznych przypadkach kończy się tragicznie.
Profilaktyka i szczepienia – dlaczego Polacy ich unikają?
Mimo tak poważnych zagrożeń, świadomość społeczna wciąż pozostawia wiele do życzenia. Choć niemal każdy Polak słyszał o boreliozie, o KZM wie znacznie mniej osób, a poziom wyszczepienia społeczeństwa – mimo że szczepionka jest niezwykle skuteczna – szoruje po dnie, wynosząc ułamki procenta. Lekarze rozkładają ręce, wskazując na niską wykrywalność problemu w gabinetach POZ oraz rzadkie rekomendacje lekarskie. Posiadanie psa, częste spacery po miejskim parku czy praca w przydomowym ogródku to dziś wystarczające powody, by poważnie rozważyć przyjęcie dawek ochronnych. Warto pamiętać, że ukłucie może przydarzyć się każdemu, a skutki mogą okazać się znacznie poważniejsze niż zwykłe ukąszenie komara.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl