Domowe spiżarnie pod lupą. Dlaczego słoiki z piwnic mogą skrywać niebezpieczeństwo?

Zamykanie smaków lata w szklanych słoikach od pokoleń stanowi jedną z ulubionych kulinarnych tradycji Polaków. Choć według aktualnych badań społecznych ponad 70% z nas deklaruje, że domowe przetwory zdecydowanie wygrywają z tymi kupowanymi w sklepach, a do robienia zapasów na zimę przyznaje się około 60% gospodarstw domowych, niewielu amatorów kulinarnych eksperymentów zdaje sobie sprawę z ciemnej strony własnoręcznie przygotowywanej żywności. Za estetyczną etykietą z napisem „eko” i „bez konserwantów” mogą kryć się poważne zagrożenia, o których głośno mówią specjaliści od zdrowia publicznego i epidemiolodzy.

Sezon na zbiory rozpoczyna się zwykle wczesnym latem, a szał na wekowania trwa w najlepsze aż do późnej jesieni. Wtedy piwnice, spiżarnie i kuchenne szafki zapełniają się rzędami kolorowych słoików. Największą popularnością cieszą się tradycyjne ogórki kiszone, słodkie dżemy owocowe, kompoty oraz aromatyczne grzyby marynowane. I o ile babciny dżem truskawkowy rzadko budzi czyjkolwiek niepokój, o tyle kwestia bezpieczeństwa mikrobiologicznego niektórych domowych konserw bywa delikatnie mówiąc… pomijana przy wtorkowej kawie. (A szkoda, bo bakterie rzadko czytają etykiety z datą produkcji).

Jak wynika z danych Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych oraz publikacji medycznych, w Polsce w ciągu roku odnotowuje się średnio od 20 do 40 oficjalnie potwierdzonych przypadków zatruć pokarmowych toksyną botulinową, potocznie zwaną jadem kiełbasianym. Choć statystyka ta może wydawać się niska na tle innych dolegliwości żołądkowych, współczynnik powagi sytuacji jest ogromny – botulizm to ciężka choroba układu nerwowego, która w skrajnych przypadkach może prowadzić do śmierci. Warto przy tym obalić powszechny mit: nazwa „jad kiełbasiany” niezwykle silnie sugeruje, że trucizna ta czai się wyłącznie w niedogotowanych wędlinach czy pasztetach. Tymczasem idealne warunki do rozwoju bakterii *Clostridium botulinum* odnajdują się także w warzywach o niskiej kwasowości, domowym zielonym groszku, fasolce, sosach pomidorowych czy grzybach.

Dlaczego tak się dzieje? Laseczki jadu kiełbasianego to beztlenowce, których przetrwalniki powszechnie występują w glebie. Wystarczy niedokładnie umyć warzywa z resztek ziemi, zamknąć je szczelnie w słoiku bez dostępu tlenu i przeprowadzić zbyt krótką lub jednorazową pasteryzację, by stworzyć mikroskopijne laboratorium toksyn. Co ciekawe, technologowie żywności przypominają, że całkowite zneutralizowanie niektórych przetrwalników wymaga niekiedy skomplikowanej, wielokrotnej obróbki termicznej (np. tyndalizacji) lub użycia profesjonalnych autoklawów osiągających temperaturę powyżej 100°C, co w warunkach domowych rzadko jest w pełni kontrolowane.

Czy oznacza to, że powinniśmy natychmiast wyrzucić wszystkie zapasy i przerzucić się na żywność z marketów? Absolutnie nie. Kluczem do bezpiecznego korzystania z dobrodziejstw spiżarni jest przede wszystkim żelazna higiena, dokładne mycie surowców, zakwaszanie przetworów oraz uważna kontrola stanu słoików przed spożyciem. Jeśli nakrętka jest wypukła, wieczko podejrzanie „syczy” przy otwieraniu, a zawartość ma nietypowy zapach lub konsystencję – pod żadnym pozorem nie należy próbować takiego produktu. Warto pamiętać o tych zasadach, zgłębiając temat w artykułach takich jak ten opublikowany w serwisie Rynek Zdrowia pod tytułem Domowe przetwory – informacje, bo zdrowie i bezpieczeństwo domowników zawsze powinno stać na pierwszym miejscu przed kulinarną brawurą.

Źródło: www.rynekzdrowia.pl