Kryzys polskiego położnictwa. Dlaczego z mapy kraju znikają kolejne porodówki?

Polski system ochrony zdrowia mierzy się z głębokim kryzysem demograficznym, którego najbardziej widocznym symbolem jest masowe zamykanie oddziałów ginekologiczno-położniczych. Z danych Ministerstwa Zdrowia i GUS wynika, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat z mapy Polski zniknęła już prawie co czwarta porodówka, a liczba narodzin drastycznie spada. Czy w obliczu ekonomicznej kalkulacji i malejącej liczby pacjentek tradycyjne oddziały w mniejszych miastach mają jeszcze szansę przetrwać, czy czeka je całkowita transformacja?

Problem nie jest nowy, jednak z każdym rokiem przybiera na sile, wywołując ogromne emocje zarówno wśród pacjentek, jak i personelu medycznego. Choć rządzący zapewniają, że nad wszystkim panują, a bezpieczeństwo rodzących kobiet pozostaje priorytetem, rzeczywistość małych szpitali powiatowych pisze zupełnie inny scenariusz. Jakie mechanizmy napędzają tę lawinę zmian i dlaczego eksperci bębnią na alarm?

Demograficzne tąpnięcie i ekonomia chłodna jak lód

Statystyki podawane przez Główny Urząd Statystyczny nie pozostawiają złudzeń. Jeszcze w 2010 roku w polskich szpitalach na świat przyszło około 413 tysięcy dzieci, a funkcjonujących w kraju oddziałów położniczych było 406. Współczesne prognozy i dane za minione okresy pokazują jednak drastyczny zwrot akcji – w 2024 roku odnotowano zaledwie ok. 244 tysiące urodzeń, a liczba czynnych porodówek spadła do około 305. Przy tak głębokim tąpnięciu utrzymanie pełnej gotowości oddziału, który w skali miesiąca przyjmuje zaledwie kilkanaście porodów, staje się finansowym absurdów z punktu widzenia dyrektorów szpitali.

Warto w tym miejscu przypomnieć analizy, na które często powołują się eksperci z branży. Granicą opłacalności dla funkcjonowania klasycznego oddziału ginekologiczno-położniczego jest zazwyczaj około 400 porodów rocznie. Kiedy ta liczba drastycznie spada, koszty stałe – utrzymanie zespołu lekarzy specjalistów, położnych oraz neonatologów w trybie całodobowym – zaczynają przewyższać jakiekolwiek wpływy z Narodowego Funduszu Zdrowia. W efekcie dyrektorzy placówek stają pod ścianą. Zresztą, szczerze mówiąc, trudno się dziwić ekonomistom szpitalnym, że wolą ratować budżet całego zakładu, niż dokładać miliony do pustych łóżek – choć z perspektywy emocjonalnej pacjentek brzmi to niezwykle brutalnie.

Najwyżej oceniane, a jednak zamknięte

Paradoks polskiej transformacji medycznej polega na tym, że zamykane są nie tylko placówki niedoinwestowane, ale również te, które cieszą się fantastyczną opinią wśród samych zainteresowanych. Jak wskazywała w swoich raportach Fundacja Rodzić po Ludzku, małe szpitale powiatowe – m.in. w Myszkowie czy Hrubieszowie – nierzadko zajmowały najwyższe lokaty w rankingach satysfakcji pacjentek. Dlaczego więc znikają? Ponieważ wysoka jakość opieki i zaangażowanie personelu nie idą w parze z prostym rachunkiem matematycznym, gdy w powiecie po prostu rodzi się garstka dzieci rocznie.

Wielu pacjentek z mniejszych miejscowości dotyka tzw. wykluczenie komunikacyjne i logistyczne. Kiedy najbliższa porodówka zostaje zamknięta lub zawiesza działalność – tak jak miało to miejsce w przypadku licznych placówek w całym kraju – przyszłe matki muszą planować logistykę porodu z precyzją godną misji kosmicznej. Niektóre decydują się na wynajmowanie mieszkań w większych miastach na kilka tygodni przed terminem, co generuje dodatkowe, spore koszty domowe.

Co zamiast tradycyjnych porodówek?

Ministerstwo Zdrowia próbuje reagować na zmieniające się realia, wprowadzając m.in. koncepcję tzw. pokoi narodzin w szpitalach pozbawionych oddziałów położniczych, ale dysponujących SOR-em, czy stawiając na koordynowaną opiekę położnych. Krytycy tego rozwiązania słusznie zauważają jednak, że żaden substytut nie zastąpi w pełni specjalistycznego zaplecza chirurgicznego i neonatologicznego na miejscu.

Sytuację tę szczegółowo i na bieżąco monitorują media branżowe oraz portal Rynek Zdrowia w artykule zatytułowanym „Porodówka – informacje”, zbierając w jednym miejscu analizy dotyczące medycyny, systemu ochrony zdrowia oraz potężnych wyzwań zarządczych, z jakimi mierzą się polskie lecznice. Jedno jest pewne: fala zmian w polskim położnictwie jeszcze długo nie opadnie, a system będzie musiał szybko znaleźć złoty środek między surową ekonomią a poczuciem bezpieczeństwa przyszłych mam.

Źródło: www.rynekzdrowia.pl