Decyzje i orzeczenia wydawane na ul. Szucha od lat budzą ogromne emocje, jednak rzadko patrzy się na nie przez pryzmat codziennego funkcjonowania szpitali, lekarzy oraz pacjentów. Kiedy Trybunał Konstytucyjny bierze na warsztat ustawy dotyczące medycyny, w całym kraju drżą zarówno samorządowcy, jak i ministerialni urzędnicy. Czy chodzi tu wyłącznie o zawiłe paragrafy, czy może o realne zdrowie i życie milionów Polaków, którzy na co dzień zmagają się z kolejkami do specjalistów?
W gąszczu informacji publikowanych na portalach branżowych, takich jak serwis Rynek Zdrowia w sekcji „Trybunał Konstytucyjny – informacje i artykuły związane z powyższą tematyką”, kryje się znacznie więcej niż tylko suche komunikaty o rozprawach. To opowieść o permanentnym kryzysie systemowym, przepychankach finansowych i odwiecznym pytaniu: kto tak naprawdę powinien zapłacić za deficyt w polskiej służbie zdrowia?
Warto przypomnieć chociażby głośny wyrok w sprawie o sygnaturze **K 4/17**, kiedy to **20 listopada 2019 r.** Trybunał Konstytucyjny wziął pod lupę odpowiedzialność finansową jednostek samorządu terytorialnego za straty netto samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Werdykt okazał się bombą z opóźnionym zapłonem – uznano bowiem, że przerzucanie na samorządy obowiązku pokrywania ujemnego wyniku finansowego szpitali, które generują koszty przez odgórne decyzje państwowe (np. podwyżki płac personelu), jest niezgodne z ustawą zasadniczą. (Swoją drogą, spora część dyrektorów szpitali odetchnęła wtedy z ulgą, choć ministerstwa zapewne wolałyby o tym zapomnieć).
Temat powraca jak bumerang również w innych kontekstach, takich jak chociażby niedawne spory wokół przepisów potocznie nazywanych „lex szarlatan”, które miały ukrócić działalność pseudomedyków. Kiedy prezydent skierował tę ustawę do kontroli prewencyjnej, znów padło sakramentalne pytanie o granice ingerencji państwa i konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia. Bo w Polsce konstytucja jest jak plastelina – każdy polityk ugniata ją tak, aby pasowała do aktualnej narracji wyborczej, podczas gdy pacjent stoi w rejestracji i słyszy, że najbliższy wolny termin do kardiologa jest wtedy, kiedy on sam zdąży już zmienić dowód osobisty na nowy.
System ochrony zdrowia w naszym kraju przypomina budowlę z klocków, w której brakuje połowy elementów, a każda kolejna ekipa rządząca próbuje łatać dziury taśmą klejącą. Z jednej strony mamy ambitne zapisy o równym dostępie do świadczeń finansowanych ze środków publicznych, z drugiej – rzeczywistość pełną nadwykonań, zadłużonych placówek i lekarzy pracujących na trzech etatach. Orzeczenia trybunału często obnażają tę hipokryzję, wytykając ustawodawcy, że nakłada na podmioty lecznicze nowe obowiązki bez pokrycia ich realnym strumieniem gotówki.
Niezależnie od tego, czy czytasz oficjalne biuletyny, czy śledzisz doniesienia medyczne, jedno jest pewne: relacje na linii państwo–samorząd–placówki medyczne wymagają głębokiej reformy, a nie tylko kolejnych papierowych wyroków. Dopóki finanse NFZ nie nadążą za rzeczywistymi kosztami leczenia, a prawo będzie tworzone pod dyktando doraźnych potrzeb politycznych, pacjenci nadal będą zakładnikami systemu, w którym paragrafy wygrywają ze zdrowym rozsądkiem.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl