Polski system ochrony zdrowia po raz kolejny drży w posadach pod naporem sądowych werdyktów. Gdy wydaje się, że placówki medyczne zdołały już załatać dziury budżetowe, Temida wystawia kolejne, bolesne rachunki, które bezlitośnie obnażają wieloletnie zaniedbania w zarządzaniu personelem. Kto tym razem musi głęboko sięgnąć do kieszeni i dlaczego zwykłe papiery urzędowe okazują się droższe niż złoto? O tym, jak jedna decyzja może wywołać lawinę finansową, przeczytasz w dalszej części tekstu.
W ostatnich miesiącach temat ten nie schodzi z czołówek serwisów informacyjnych, a szczegółowe relacje i analizy na ten temat regularnie publikuje portal Wyrok sądu – informacje. Czytaj więcej na rynekzdrowia.pl. Spory na linii pracownik–placówka medyczna nabierają potężnego rozpędu, a szpitale powiatowe, zamiast ratować zdrowie pacjentów, muszą nerwowo przeliczać każdą złotówkę przed nadchodzącymi komorniczymi egzekucjami.
Sąd Najwyższy nie ma litości. Miliony dla pielęgniarek
Lawina ruszyła tak naprawdę po pamiętnej nowelizacji przepisów z 2022 roku, która precyzyjnie określiła minimalne współczynniki wynagrodzeń w zależności od kwalifikacji. Teoretycznie miało być pięknie: wyższe wykształcenie i specjalizacja miały gwarantować grubsze koperty na koniec miesiąca. W praktyce wielu dyrektorów szpitali postanowiło zinterpretować przepisy po swojemu, masowo degradując lub pomijając w zaszeregowaniu magistry pielęgniarstwa. No bo przecież, jak mawiają klasyczni księgowi zapatrzeni w excelowe tabelki, oszczędzać trzeba tam, gdzie człowiek jest najbardziej bezbronny.
Tyle że sądowa rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Jak wynika z niedawnych orzeczeń, m.in. w Sądzie Najwyższym, który oddalił skargi kasacyjne m.in. szpitala w Wodzisławiu Śląskim czy Zespołu Opieki Zdrowotnej w Pińczowie, sprytne manewry dyrekcji na nic się zdały. W Pińczowie sprawa objęła grupę pielęgniarek z tytułem magistra i specjalizacją, które celowo wrzucono do niższej grupy płacowej. Efekt? Każda z poszkodowanych pielęgniarek ma otrzymać około 50 tysięcy złotych zaległych środków plus odsetki za 1,5 roku wstecz. Pomnożone przez tysiące podobnych spraw w skali całego kraju, daje to kwoty, od których głowa boli nawet najbardziej zatwardziałego ministra finansów.
Zarządzanie przez unikanie odpowiedzialności
Ciekawe w tym wszystkim jest to, z jaką gracją polski menedżment medyczny potrafi ignorować oczywiste ryzyko prawne. Przecież każdy w miarę rozgarnięty prawnik po pierwszym roku studiów wiedział, że próba ominięcia ustawy o najniższych wynagrodzeniach skończy się katastrofą. A jednak szpitale brną w to, wynajmują drogich pełnomocników, ciągną procesy latami, marnując publiczne grosze na opłaty sądowe, zamiast od razu uregulować należności. To trochę tak, jakby próbować ugasić pożar benzyną, licząc na to, że ogień w końcu zmęczy się paleniem.
Do tego dochodzą nowe, gorące spory wokół innych grup zawodowych. Lekarze zrzeszeni w Ogólnopolskim Związku Zawodowym Lekarzy głośno protestują przeciwko najnowszym sejmowym pomysłom, takim jak chociażby jednoosobowe decyzje prezesa NFZ o wykluczaniu medyków z systemu. Atmosfera zagęszcza się z dnia na dzień, a system ochrony zdrowia przypomina beczkę prochu, do której każdy polityk i urzędnik próbuje podejść z zapaloną zapałką.
Co nas czeka dalej?
Fakt, że sądy stają po stronie pracowników, jest bez wątpienia zwycięstwem sprawiedliwości społecznej, ale dla samorządów prowadzących szpitale to gwóźdź do trumny. Placówki medyczne są permanentnie niedofinansowane, kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia nie nadążają za inflacją i realnymi kosztami, a tu nagle pojawiają się wyroki nakazujące wypłatę setek tysięcy złotych zaległości. Kto za to zapłacic? Odpowiedź jest boleśnie prosta: ostatecznie zapłacimy wszyscy my, podatnicy, w kolejkach do specjalistów, które będą rosły szybciej, niż rosną odsetki od szpitalnych długów.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl