Gdzie podziewają się miliardy w polskiej medycynie? Labirynt finansowania ochrony zdrowia

System ochrony zdrowia w Polsce przypomina czasem wielką czarną dziurę, do której wrzuca się rekordowe kwoty, a na dnie wciąż widać dno. Chociaż oficjalne komunikaty rządowe i materiały publicystyczne, takie jak te udostępniane w serwisie „Finansowanie – informacje. Czytaj więcej na rynekzdrowia.pl”, zalewają nas cyframi idącymi w setki miliardów złotych, pacjenci w kolejkach do specjalistów raczej nie mają poczucia, że żyją w medycznym raju. Gdzie tkwi haczyk? Przyjrzyjmy się bliżej temu, jak państwo próbuje spiąć budżet zdrowotny i dlaczego temat ten budzi tak wielkie emocje od gabinetów ministrów po wiejskie przychodnie.

Kiedy rząd ogłasza, że całkowite nakłady na publiczną opieke medyczną rosną do zawrotnej kwoty **247,8 mld zł** (jak miało to miejsce w budżetowych planach na rok **2026**), przeciętny zjadacze chleba może wytrzeszczyć oczy ze zdumienia. To przecież o ponad **25 mld zł** więcej niż rok wcześniej! Brzmi dumnie, prawda? A jednak, gdy wgryziemy się w raporty analityków i niezależnych ekspertów, obraz wcale nie jest tak kolorowy. Czasami człowiek ma wrażenie, że te pieniądze rozchodzą się szybciej, niż ciepłe bułeczki w poniedziałkowy poranek w osiedlowym sklepiku. Zresztą, kto z nas nie spotkał się z sytuacją, w której ratunkiem na szybką wizytę u ortopedy staje się magiczne słowo „prywatnie”? No właśnie.

Skąd te gigantyczne kwoty i dlaczego wciąż ich mało?

Głównym motorem napędowym systemu pozostaje Narodowy Fundusz Zdrowia, zasilany głównie ze składki zdrowotnej wynoszącej **9%** podstawy wymiaru. Problem polega na tym, że demografia bezlitośnie nas dogania. Społeczeństwo się starzeje, co naturalnie winduje koszty leczenia naprawczego oraz zapotrzebowanie na nowoczesne terapie i leki. Według wyliczeń ekspertów ze Szkoły Głównej Handlowej oraz analiz Biura Rady Fiskalnej, tradycyjne źródła dochodów NFZ przestały nadążać za rzeczywistością. W latach **2025-2027** skumulowana luka finansowa w samym funduszu może sięgnąć gigantycznej kwoty ponad **111 mld zł**.

Możnaby zadać retoryczne pytanie: czy myśmy te pieniądze zgubili pod kanapą? Oczywiście, że nie. Znacząca część rosnącego budżetu pochłaniana jest przez ustawowe podwyżki płac w sektorze ochrony zdrowia oraz galopujące koszty obsługi pacjentów wymagających skomplikowanego, wysokospecjalistycznego leczenia. Jak wynika z danych publikowanych przez sam NFZ, na świadczenia dla zaledwie **1%** najciężej chorych mieszkańców Polski potrafi pójść blisko połowa budżetu na refundację. Przepaść między kosztami prostej porady a terapię ratującą życie bywa wręcz kosmiczna – od kilkudziesięciu złotych do nawet kilku milionów rocznie na jednego pacjenta.

Ratunkowe zastrzyki i pomysły na uzdrowienie systemu

Aby ratować budżetową katastrofę, rząd regularnie sięga po kroplówki z budżetu państwa, zwiększając dotacje podmiotowe dla Funduszu. Ekonomści i ośrodki analityczne proponują jednak znacznie odważniejsze scenariusze. W debatach publicznych coraz głośniej mówi się o rozwiązaniach, które jeszcze kilka lat temu wywołałyby polityczną burzą. Wśród pomysłów eksperckich pojawia się m.in. ujednolicenie składki zdrowotnej dla wszystkich grup zawodowych, wprowadzenie współpłacenia za wybrane świadczenia luksusowe, a nawet bardziej kontrowersyjne ruchy demograficzne i fiskalne.

Nie da się ukryć, że zarządzanie finansami w polskiej służbie zdrowia przypomina stąpanie po cienkiej linie nad przepaścią. Z jednej strony mamy konstytucyjne prawo do równego dostępu do leczenia, z drugiej – brutalną ekonomię, w której deficyt w kasie państwa spędza sen z powiek kolejnym ministrom finansów. Bez względu na to, czy politycy zdecydują się na rewolucję podatkową, czy kolejne dosypywanie miliardów z kredytów, jedno jest pewne: temat finansowania medycyny jeszcze długo będzie spędzał sen z powiek zarówno pacjentom, jak i dyrektorom szpitali.

Źródło: www.rynekzdrowia.pl