Głośna pizza influencera pod lupą ekspertów. Padły mocne słowa o zdrowiu publicznym

Wprowadzenie na rynek mrożonej pizzy sygnowanej pseudonimem popularnego twórcy internetowego Szymona Nyczki, znanego jako Książulo, wywołało ogromne poruszenie nie tylko wśród fanów, ale również w środowisku medycznym. W dyskusję o składzie i wpływie produktu na konsumentów włączył się między innymi profesor Łukasz Balwicki, konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego, który na łamach serwisu Rynek Zdrowia – Księżulo skomentował całą sytuację, zwracając uwagę na szererszy kontekst rynkowy i społeczny. Czy gigantyczna popularność w sieci powinny wiązać się z większą odpowiedzialnością za talerze Polaków? Sprawa szybko wyszła poza standardowe internetowe recenzje.

Nowy produkt, który pojawił się przedpremierowo w sklepach sieci Żabka, natychmiast stał się obiektem intensywnych dyskusji. Internauci, dietetycy oraz specjaliści od marketingu zaczęli prześwietlać skład oraz kaloryczność mrożonek. Jak się okazuje, opisywane warianty pizzy dostarczają organizmowi około 1600-1780 kcal, co dla wielu entuzjastów liczenia kalorii stało się wręcz symbolem żywieniowej przesady. I tutaj pojawia się mała dygresja – z perspektywy kogoś, kto od czasu do czasu lubi zgrzeszyć fast foodem, trudno udawać zaskoczenie. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zamawia mrożonej pizzy z dyskontu czy żabkowego zamrażarnika z myślą, że oto ratuje swoje mikroelementy i wddraża dietę ketogeniczną. Aż prosi się o pytanie: czy naprawdę potrzebujemy urzędowej troski o każdą zjedzoną kalorię, czy może po prostu czasami wolziemy zjeść coś niezdrowego bez poczucia, że bierzemy udział w narodowej debacie o otyłości?

Warto jednak przyjrzeć się głosowi ekspertów, bo problem – jak zauważają specjaliści – tkwi w czymś zupełnie innym niż sama grubość ciasta czy ilość sera. Profesor Łukasz Balwicki w rozmowie z mediami podkreślił, że chociaż sam influencer otwarcie przyznaje, iż nie tworzy produktu dietetycznego ani nie kreuje się na eksperta od żywienia, jego ogromna rozpoznawalność realnie kształtuje nawyki tysięcy młodych ludzi. Zaufanie, jakim fani darzą twórcę testującego na co dzień codzienne jedzenie w całej Polsce, staje się potężnym narzędziem marketingowym. Wykorzystanie tej pozycji do sprzedaży wysokokalorycznej żywności budzi uzasadnione obawy w kontekście profilaktyki chorób cywilizacyjnych.

Sprawa ta idealnie wpisuje się w szerszą dyskusję o granicy odpowiedzialności twórców internetowych. Z jednej strony mamy prawo wolnego rynku, gdzie każdy dorosły konsument może kupić to, na co ma ochotę – niezależnie czy kosztuje to kilkanaście złotych, czy jest najdroższą mrożonką na półce. Z drugiej strony, autorytet budowany latami na niezależnych recenzjach i bezkompromisowym wytykaniu błędów gastrofirm nagle zderza się z zarzutami o hipokryzję. Sam zainteresowany szybko odniósł się do krytyki, tłumacząc w krótkim nagraniu, że sprzedanie się oznaczałoby branie łapówek za pozytywne oceny restauracji, podczas gdy wypuszczenie własnego asortymentu to zupełnie inna kategoria biznesowa. Przyznał jednak z perspektywy czasu, że może cała nazwa i otoczka mogły zostać rozwiązane nieco inaczej.

Pozostaje pytanie, jak na te reagujące błyskawicznie trendy w e-commerce i świecie influencerów zareaguje polski system ochrony zdrowia. Statystyki dotyczące nadwagi i otyłości w Polsce od lat są bezlitosne, a łatwy dostęp do wysokoprzetworzonej żywności w każdym osiedlowym sklepie z pewnością nie ułatwia walki o zdrowe społeczeństwo. Czy bojkoty i eksperckie opinie zmienią nawyki konsumentów? Prawdopodobnie nie bardziej niż kolejna promocja na aplikację w telefonie. Ostatecznie o wszystkim i tak zdecyduje klient przy sklepowej kasie, a rynek – dokładnie tak, jak chce tego sam twórca – bezwzględnie zweryfikuje, czy eksperyment z mrożonkami był kulinarnym strzałem w dziesiątkę, czy tylko chwilową burzą w szklance wody.

Źródło: www.rynekzdrowia.pl