Planowane zmiany w przepisach dotyczących tzw. opłaty klimatycznej mogą wywołać sporo zamieszkania w portfelach osób planujących wyjazdy. We wtorek, 15 września 2026 roku, rząd zajął się projektem nowelizacji, który całkowicie przebudowuje zasady pobierania tej popularnej daniny przez samorządy. Zamiast dotychczasowych, często martwych przepisów, pojawią się zupełnie nowe realia finansowe i administracyjne, o których szeroko informuje serwis Rynek Zdrowia w artykule Opłata klimatyczna – informacje. Czytaj więcej na rynekzdrowia.pl. Co to oznacza w praktyce dla pacjentów sanatoriów, turystów oraz samych kurortów, które dotychczas zmagały się z absurdami prawnymi?
Przez lata wokół opłaty miejscowej i uzdrowiskowej narosło mnóstwo kontrowersji. Głównym kością niezgody był wymóg krystalicznie czystego powietrza. Jeśli w danej miejscowości turystycznej odnotowano przekroczenia norm smogowych, lokalne władze traciły prawne narzędzie do pobierania pieniędzy od przyjezdnych – boleśnie przekonały się o tym chociażby władze Zakopanego po głośnych wyrokach sądowych. Teraz Ministerstwo Finansów postanowiło uciąć te spory. Zgodnie z nowymi założeniami projektu, kryterium czystości powietrza znika z ustawy. Oznacza to, że samorządy zyskają prawo do nakładania opłaty miejscowej również tam, gdzie problem smogu wciąż daje o sobie znać, o ile miejscowość ta posiada odpowiednie walory krajobrazowe i bazę noclegową.
Aż korci, żeby zapytać: czy to nie genialny przykład urzędowej ekwilibrystyki? Skoro nie możemy poradzić sobie z zanieczyszczeniem powietrza, to po prostu zalegalizujmy pobieranie opłat za oddychanie nim! Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że to idealna definicja pragmatyki budżetowej wsobnego typu. No bo powiedzmy sobie szczerze – płacenie za walory klimatyczne w miejscu, gdzie człowiek kaszle od dymu z pieca kaflowego, zawsze miało w sobie coś z czarnego humoru rodem z powieści Stanisława Mima.
Nowe stawki i zasady poboru od 2027 roku
Zmieniają się nie tylko warunki formalne, ale i same kwoty. Projekt zakłada, że maksymalna stawka opłaty miejscowej wzrośnie do 5 zł za każdą rozpoczętą noc, natomiast na obszarach ochrony uzdrowiskowej limit ten wyniesie 5,50 zł, a w samych uzdrowiskach nawet 6,86 zł. Trzeba jednak pamiętać, że ostateczną wysokość opłaty każdorazowo ustala rada gminy, więc nie każdy kurort od razu sięgnie po górną granicę.
Co ciekawe, ciężar pobierania tych pieniędzy zostanie przeniesiony bezpośrednio na barki właścicieli obiektów noclegowych. Hotele, pensjonaty, kempinki, a także sanatoria będą musiały doliczać opłatę do rachunków gości i odprowadzać ją do urzędu gminy. W zamian ustawodawca przewidział dla przedsiębiorców skromną rekompensatę – prowizję w wysokości co najmniej 10 proc. zebranej kwoty. To akurat miły gest w stronę branży turystycznej i medycznej, która dotychczas często traktowana była przez lokalnych urzędników jak darmowy inkasent podatkowy.
Kto zapłaci, a kto dostanie święty spokój?
Zasada jest prosta: opłata dotyczyć będzie każdego, kto spędzi w danej miejscowości przynajmniej jedną noc – niezależnie od tego, czy przyjechał w celach wypoczynkowych, biznesowych, czy leczy stawy w ośrodku uzdrowiskowym. Z opłat zwolnione będą m.in. osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności, dzieci do 16. roku życia posiadające odpowiednie orzeczenia, osoby niewidome wraz z przewodnikami, a także kuracjusze przebywający na leczeniu szpitalnym.
Nowe przepisy mają wejść w życie w 2027 roku. Choć dla turystów oznacza to nieco głębsze sięgnięcie do kieszeni podczas urlopów czy wyjazdów sanatoryjnych, dla samorządów to zastrzyk gotówki, który ma pomóc w utrzymaniu infrastruktury. Czy jednak brak wymogu czystości powietrza nie uśpi czujności władz lokalnych w walce o ekologię? Czas pokaże, czy kurorty wybiorą czyste powietrze, czy zysk z opłat.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl