Gdy wirtualny świat łączy siły z realnymi dramatycznymi potrzebami chorych, granice dotychczasowych możliwości finansowania medycyny zaczynają drżeć w posadach. Kiedy popularny influencer Piotr „Łatwogang” Garkowski postanowił nagłośnić walkę z nowotworami i rzadkimi schorzeniami, nikt nie spodziewał się skali odzewu, który wstrząsnął polskim Internetem. Setki milionów złotych zebrane w rekordowym tempie obnażyły jednak nie tylko potęgę ludzkiej solidarności, lecz także głębokie deficyty tradycyjnego systemu ochrony zdrowia, zmuszając nas do postawienia pytania o to, czy internetowa dobroczynność powinna zastępować państwową odpowiedzialność.
Wszystko zaczęło się od artystycznego impulsu i prostej, wręcz szalonej zapowiedzi, która w ułamku sekundy przerodziła się w historyczny maraton. Transmisje na żywo, w trakcie których znane postacie ze świata kultury, sportu i mediów masowo goliły głowy czy podejmowały się karkołomnych zadań, przyciągnęły przed ekrany miliony widzów. Efekt? Kwoty, które przerosły najśmielsze oczekiwania analityków, a w przypadku akcji na rzecz Fundacji Cancer Fighters zbliżyły się do astronomicznej granicy blisko 250-300 milionów złotych. Choć brzmi to jak scenariusz filmu science-fiction o filantropii, rzeczywistość bywa znacznie bardziej skomplikowana, a potężne fundusze nie zawsze trafiają na konta potrzebujących natychmiast, często utykając na lokatach czy w gąszczu procedur biurokratycznych.
Wokół gigantycznych zbiórek organizowanych przez twórców internetowych narasta coraz więcej emocji, a eksperci i komentatorzy zwracają uwagę na dwubiegunowy charakter tego zjawiska. Z jednej strony mamy bezdyskusyjną pomoc konkretnym pacjentom, doposażenie klinik onkologicznych oraz realne ratowanie ludzkiego życia. Z drugiej – jak celnie zauważył publicysta gospodarczy Jakub Wiech czy medioznawca prof. Mirosław Filiciak – pojawia się fundamentalne ryzyko. Społeczeństwo oswaja się z myślą, że leczenie najcięższych chorób czy modernizacja szpitali zależy od kaprysu algorytmów, zasięgów w social media i skuteczności influencerów, a nie od stabilnego, wydolnego systemu publicznego. Bo czy to nie paradoks, że w kraju aspirującym do miana nowoczesnej gospodarki o życiu dzieci decyduje efektywność internetowego streamu?
Sytuację komplikują również doniesienia o tym, jak zarządzane są zgromadzone środki. Czas oczekiwania na uruchomienie funduszy na konkretne cele czy trzymanie milionów na oprocentowanych lokatach wywołują fale dyskusji w mediach. Krytycy i zaniepokojeni internauci pytają o transparentność, podczas gdy organizacje pożytku publicznego tłumaczą, że tak potężne sumy wymagają skomplikowanego planowania, procedur grantowych oraz zabezpieczenia na przyszłość, by pomagać długofalowo, a nie tylko jednorazowo. Dodatkowo, gdy na horyzoncie pojawiają się kontrowersje wokół dostępności i skuteczności niektórych ultradrogich terapii zagranicznych – tak jak w przypadku leków na dystrofię mięśniową Duchenne’a (DMD), wobec których polscy specjaliści bywają sceptyczni z uwagi na brak pełnej rejestracji w Europie – zbiórki zyskują posmak skomplikowanego dramatu medyczno-prawnego.
Fenomen „Łatwoganga” i podobnych akcji udowadnia, że Polacy mają ogromne serca i potrafią zjednoczyć się w obliczu tragedii jak rzuty na taśmę w dramatycznym meczu o wysoką stawkę. Pytanie brzmi jednak, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo, w którym hop-siup zbiórka staje się efektywniejsza niż narodowy fundusz zdrowia. Miejmy nadzieję, że rządzący wyciągną z tych lekcji właściwe wnioski, zanim kolejne chore dziecko będzie musiało czekać na cud w postaci wiralowego hitu w sieci.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl