Statystyki dotyczące nałogu nikotynowego w naszym kraju od lat budzą niepokój, a najnowsze analizy branżowe oraz dane ekspertów systematycznie omawiane m.in. na łamach serwisu Tytoń – informacje. Czytaj więcej na rynekzdrowia.pl pokazują, że problem wcale nie traci na sile. Choć mogłoby się wydawać, że w dobie wszechobecnego fitnessu i zdrowego stylu życia papierosy odeszły do lamusa, rzeczywistość potrafi boleśnie zaskoczyć – zwłaszcza gdy zajrzymy w twarde liczby i uświadomimy sobie, jak głęboko dym tytoniowy wrosł w naszą codzienność.
Gdy system ochrony zdrowia walczy z niedofinansowaniem i kolejkami do specjalistów, cichym zabójcą pozostaje nałóg, z którym w Polsce zmaga się około 9 milionów osób. Co ciekawe, mimo zmieniających się trendów i wejścia na rynek nowatorskich gadżetów, tradycyjny papieros wciąż trzyma się mocno. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego paczka „tradycji” wciąż ląduje w koszykach milionów Polaków, podczas gdy na Zachodzie krzywe spożycia lecą na łeb na szyję? Odpowiedź wcale nie jest czarno-biała, choć pachnie smołą i milionami ton liści tytoniu.
Skala zjawiska i mroczne statystyki
Epidemia palenia tytoniu zbiera w Polsce gigantyczne żniwo. Z szacunków ekspertów wynika, że z powodu chorób odtytoniowych rocznie umiera od 67 do prawie 80 tysięcy osób. To tak, jakby co roku z mapy Polski znikało spore miasto powiatowe! Co gorsza, odsetek codziennych palaczy w naszym kraju wciąż oscyluje w granicach jednej trzeciej dorosłej populacji, co stawia nas w niechlubnej czołówce państw Unii Europejskiej.
Dym tytoniowy to prawdziwa chemiczna bomba – zawiera ponad 7000 związków chemicznych, z czego co najmniej kilkadziesiąt ma udowodnione, bezdyskusyjne działanie rakotwórcze. Kiedy słyszymy o 85–90% przypadków raka płuc powiązanych bezpośrednio z paleniem, trudno przejść obok tego obojętnie. A przecież rak płuca to tylko wierzchołek góry lodowej. Choroby układu krążenia, przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP) czy nowotwory przełyku i krtani regularnie obciążają polski budżet zdrowotny miliardami złotych przeznaczonymi na refundację leczenia.
Nowoczesne alternatywy – ratunek czy sprytna pułapka?
W ostatnich latach rynek przechodzi metamorfozę. Tradycyjne papierosy muszą dzielić się miejscem z e-papierosami, podgrzewaczami tytoniu czy woreczkami nikotynowymi. Producenci chętnie operują pojęciem redukcji szkód (ang. harm reduction), sugerując, że nowatorskie wyroby są mniejszym złem. (Bo wiecie, skoro nie ma dymu, to może płuca nie protestują? Takie małe złudzenie technologicznego komfortu, które genialnie uspokaja sumienie palacza przed snem).
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oraz krajowi eksperci kręcą jednak nosem na te zapewnienia. Podkreślają oni, że:
- Nowe formy dostarczania nikotyny wcale nie leczą z nałogu, lecz skutecznie rekrutują nowe rzesze młodych konsumentów.
- Syntetyczna nikotyna zawarta w nowoczesnych produktach potrafi działać silniej i mocniej uzależniać.
- Badania kardiologiczne jednoznacznie pokazują, że tzw. podgrzewany tytoń również uszkadza śródbłonek naczyń krwionośnych już po jednej sesji.
Co musi się zmienić w polskiej polityce zdrowotnej?
Eksperci od zdrowia publicznego są zgodni: bez zdecydowanych kroków państwa nie uda się zmniejszyć odsetka palaczy do celów wyznaczonych przez unijne strategie (np. zejście poniżej 5% palącej populacji). Potrzebne są nie tylko kampanie edukacyjne, ale przede wszystkim restrykcyjna polityka cenowa oraz ograniczenie dostępności produktów nikotynowych dla nieletnich. Dopóki tytoń w Polsce będzie relatywnie tani, a marketing ukryty za nowoczesnym designem urządzeń będzie bezkarny, walka z dymkiem pozostawiona będzie głównie onkologom, którzy – nie oszukujmy się – w tej grze są na z góry przegranej pozycji.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl