Złota era tabletek w Polsce. Miliardy na suplementy i rosnący niepokój ekspertów

Polacy masowo ruszyli do aptek i sklepów internetowych po „magiczne pigułki”, windując krajowy rynek suplementów diety na historyczne szczyty. Z najnowszych danych analitycznych wynika, że aż 75% mieszkańców naszego kraju regularnie sięga po różnego rodzaju preparaty witaminowe, minerały czy ziołowe ekstrakty, a wartość całego sektora przekroczyła już imponujący próg 8 miliardów złotych. Choć oficjalne komunikaty w tekście Suplementy – informacje. Czytaj więcej na rynekzdrowia.pl skupiają się na systemowych wyzwaniach wokół ochrony zdrowia, za tym fenomenem stoi coś znacznie głębszego niż tylko chwilowa moda – to prawdziwa rewolucja w podejściu do własnego organizmu, która momentami wymyka się jakiejkolwiek kontroli.

Wydaje się, że kupowanie kolorowych pudełeczek z napisem „wzmocnij odporność” stało się naszym narodowym sportem. Statystyki pokazują, że do Głównego Inspektoratu Sanitarnego trafiają dziesiątki tysięcy zgłoszeń nowych produktów rocznie, co pokazuje absolutną determinację producentów chcących uszczknąć coś dla siebie z tego lukratywnego tortu. O ironio, często więcej wiemy o składzie kupowanego w markecie proszku do prania niż o kapsułkach, które bezrefleksyjnie łykamy co poranek popijając kawą. Kto z nas nie ma w domu szuflady pełnej zapomnianych witamin, które „kupiła przyjaciółka, bo akurat były w promocji”?

Cyfry nie kłamią, ale czy my mówimy prawdę lekarzom?

Skala zjawiska robi wrażenie. Z raportów rynkowych opracowanych przez ekspertów PMR Market Experts wynika, że polski rynek rośnie w stabilnym tempie ok. 5% rocznie, a prognozy celują w zbliżanie się do kolejnych barier finansowych. Co ciekawe, drastycznie zmieniają się też nasze przyzwyczajenia zakupowe. Tradycyjne apteki stacjonarne powoli tracą monopol na rzecz e-commerce – pacjent, a właściwie współczesny konsument, woli kliknąć zestaw na stawy czy włosy w internecie, sugerując się radą popularnej influencerki zamiast wizytą u specjalisty.

I tu pojawia się fundamentalny problem, o którym głośno mówią lekarze i farmaceuci na łamach portali branżowych. Suplement to nie lek – nie ma leczyć, a jedynie uzupełniać dietę. Tymczasem spora część społeczeństwa traktuje je jak tarczę ochronną przed skutkami fatalnego stylu życia, braku ruchu czy przewlekłego stresu. Zjadamy garściami preparaty z ashwagandhą, magnez czy multiwitaminy, zapominając, że nadmiar niektórych substancji bywa równie toksyczny co ich niedobór. Warto dodać, że w obliczu kontrowersji wokół niektórych popularnych ziół, kraje takie jak Dania czy Holandia decydowały się w ostatnich latach na całkowite zakazywanie wybranych preparatów ze względu na ryzyko zaburzeń hormonalnych, podczas gdy w Polsce wciąż królują one na sklepowych półkach.

Profilaktyka czy kosztowne placebo?

Niezwykle ciekawie na tym tle wyglądają nawyki diagnostyczne Polaków. Z jednej strony chętnie wydajemy pieniądze na apteczne innowacje, z drugiej – podstawowe badania krwi, takie jak zwykła morfologia, wciąż robiźmy sporadycznie i najczęściej „z przymusu”. Kupujemy suplementy na ślepo, licząc na poprawę samopoczucia, zamiast sprawdzić, czego nasz organizm faktycznie potrzebuje.

Eksperci od ochrony zdrowia nieustannie przypominają, że system opieki medycznej nie zafunduje nam zdrowia, jeśli sami nie zmienimy nawyków żywieniowych. Talerz pełen świeżych warzyw i zbilansowana dieta wciąż przegrywają z wygodną formą tabletki. Wygląda na to, że dopóki nie zmieni się nasza świadomość konsumencka, polski rynek suplementów będzie rósł szybciej niż jakakolwiek gałąź tradycyjnej farmacji, pozostawiając nas z pustszym portfelem i złudnym poczuciem dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku dbania o siebie.

Źródło: www.rynekzdrowia.pl