Choć polskie statystyki demograficzne i medyczne powoli drgnęły w górę, a w systemie przybywa rąk do pracy, rzeczywistość na oddziałach szpitalnych wciąż przypomina grę w berka, w której pacjent zawsze jest na końcu. Najnowsze dane opublikowane pod koniec sierpnia 2026 roku przez Główny Urząd Statystyczny rzucają zupełnie nowe światło na zasoby kadrowe w rodzimej medycynie. Czy liczby rzeczywiście odzwierciedlają to, co widzimy, stając w kolejkach do lekarza? Cóż, teoria swoje, a korytarze przychodni swoje — bo choć dyplomów przybywa, pacjenci wcale nie dostają się do specjalistów szybciej.
Zgodnie z raportem GUS dotyczącym zasobów kadrowych w wybranych zawodach medycznych za 2025 rok, opublikowanym 27 sierpnia 2026 r., w kraju pracuje już 143,6 tys. lekarzy oraz 223 tys. pielęgniarek bezpośrednio zorientowanych na opiekę nad pacjentem. Wygląda optymistycznie? Taki stan rzeczy natychmiast mitygują analitycy i twarde realia rynkowe. Okazuje się bowiem, że strukturalne braki w kluczowych specjalizacjach — takich jak internistyka, pediatria czy chirurgia ogólna — spędzają sen z powiek dyrektorom placówek medycznych. Aż 79 proc. szefów szpitali ankietowanych w niedawnym raporcie SGH i Fundacji Zdrowie i Rozwój ocenia sytuację kadrową jako poważną lub wręcz krytyczną.
Kryzys nie polega dziś wyłącznie na absolutnym braku ludzi z wykształceniem medycznym, ale na ich katastrofalnym rozproszeniu geograficznym oraz specyfice zatrudnienia. Spójrzmy prawdzie w oczy: młody lekarz kończący studia w Warszawie czy Krakowie rzadko rzuca wszystko, by leczyć w małym szpitalu powiatowym na krańcu Polski, gdzie sprzęt pamięta poprzednią epokę, a dyżury trzeba ciągnąć dniami i nocami. W rezultacie mniejsze placówki borykają się z tysiącami wakatów, zamykając całe oddziały z powodu braku obsady.
Fizjoterapeuci na fali wznoszącej, ale co z resztą?
Jeżeli w polskiej ochronie zdrowia szukać powodów do autentycznego optymizmu statystycznego, to z pewnością w obszarze rehabilitacji. Największą dynamikę wzrostu GUS odnotował bowiem w grupie fizjoterapeutów. Na koniec 2025 roku zawód ten aktywnie wykonywało 64,6 tys. osób, co oznacza skok o imponujące 4% w skali roku i aż 15,7% w porównaniu do roku 2022. Rządzący i eksperci chętnie machają tymi słupkami w mediach, zapominając jednak, że pacjent z zawałem czy zapaleniem płuc fizjoterapeutą się nie wyleczy — choć ćwiczenia pooperacyjne są oczywiście bezcenne.
Nieco lepiej, choć wciąż poniżej unijnych standardów, wygląda sytuacja z dentystami (37 tys. pracujących z pacjentami) oraz położnymi. Cały system przypomina jednak konstrukcję z klocków, w której brakuje fundamentów. Kiedy jedni liczą dyplomy, inni zacierają ręce, zarabiając krocie na kontraktach i skacząc między trzema szpitalami naraz — zjawisko to stało się zresztą solą w oku Ministerstwa Zdrowia.
Szpiegowanie grafików i nowe baty na dyrektorów
Państwo próbuje radzić sobie z tym chaosem za pomocą administracyjnych narzędzi. Jak wynika z doniesień branżowych portali, takich jak rynekzdrowia.pl, szykują się potężne zmiany w monitorowaniu czasu pracy medyków. Już od 1 listopada 2026 roku szpitale będą miały obowiązek raportowania do Narodowego Funduszu Zdrowia bardzo szczegółowych, godzinowych grafikami pracy lekarzy.
Cel? Ukrócenie praktyk, w których ta sama osoba „leczy” chorych w dwóch miejscach jednocześnie na papierze, łatając dziury systemowe kosztem własnego zmęczenia i fizjologii. Do tego dochodzą nowe wskaźniki jakościowe narzucone przez resort zdrowia, które mają prześwietlić wydatki placówek na personel. Brzmi jak cyfrowy bat na dyrektorów? Zdecydowanie tak. Pytanie tylko, czy urzędnicze uszczelnianie systemu sprawi, że w przychodniach nagle pojawią się wolne numerki do kardiologa.
- 143,6 tys. – tyle wynosi oficjalna liczba aktywnych zawodowo lekarzy w Polsce (dane GUS).
- 79% dyrektorów szpitali uważa obecne braki kadrowe za problem poważny lub bardzo poważny.
- 1 listopada 2026 r. – to data graniczna, od której szpitale muszą raportować godzinowe grafiki medyków do NFZ pod rygorem kar.
Zamiast szukać złotego środka w postaci realnego wsparcia kształcenia i poprawy warunków pracy tam, gdzie pacjent ma najdalej do lekarza, system woli fundować nam kolejne rewolucje biurokratyczne. I choć urzędnicy mogą triumfalnie ogłaszać, że medyków przybywa, pacjent stojący w wielomiesięcznej kolejce do specjalisty raczej nie podzieli tego entuzjazmu.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl