Polskie uczelnie medyczne i uniwersytety otwierające wydziały lekarskie przeżywają bezprecedensowy oblężenie. W trwającym roku akademickim o indeksy ubiegły się dziesiątki tysięcy kandydatów, co w połączeniu ze zmienionymi limitami przyjęć i nowymi wytycznymi Ministerstwa Zdrowia wywołało szeroką dyskusję o przyszłości rodzimej ochrony zdrowia. Sytuację tę szczegółowo przybliża materiał opublikowany w portalu Studenci medycyny – informacje. Czytaj więcej na rynekzdrowia.pl, pokazujący skale wyzwań, przed którymi staje zarówno edukacja wyższa, jak i sam system opieki nad pacjentem.
Wydawałoby się, że perspektywa wieloletniej, morderczej nauki, zarruganych nocy nad atlasami anatomii i ogromnej odpowiedzialności powinna skutecznie odstraszać młodzież. Nic bardziej mylnego – biały feth i stetoskop stały się obiektem pożądania na skalę dotąd niespotykaną. Co napędza ten mechanizm? Z pewnością nie bez znaczenia są ustawowe gwarancje płacowe w publicznym sektorze zdrowia oraz wizja stabilnego, sowicie wynagradzanego zatrudnienia. Przyszły lekarz rezydent może liczyć na pensję zasadniczą w przedziale od 10,6 tys. do nawet 12,7 tys. zł brutto, co w realiach polskiego rynku pracy działa na wyobraźnię świeżo upieczonych maturzystów jak magnes.
Rekordowe oblężenie uczelni i limity przyjęć
Z danych resortu zdrowia wynika, że w ramach limitów na kierunku lekarskim udostępniono ponad 10,7 tys. miejsc, a na kierunku lekarsko-dentystycznym ok. 1,5 tys. miejsc. Łącznie przyszłych medyków kształci obecnie aż 39 uczelni w całym kraju. Choć brzmi to imponująco, drogi do zdobycia upragnionego indeksu przypominają igrzyska olimpijskie. Przykładowo, na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie w jednym z naborów odnotowano blisko 16,6 tys. chętnych, a gigantyczne zainteresowanie widać również na placówkach niemedycznych, które masowo otwierają wydziały medyczne. (Pomiędzy nami: czasem mam wrażenie, że za chwilę kierunek lekarski otworzą nawet w lokalnej szkole gotowania, bo prestiż szyldu „wydział lekarski” działa cuda na rekrutacyjnych ulotkach).
Jakość kształcenia pod lupą resortu
Masowemu napływowi chętnych towarzyszą jednak rosnące obawy ekspertów, samorządu lekarskiego oraz samego Ministerstwa Zdrowia. Wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka ostudziła niedawno entuzjazm niektórych szkół niepublicznych, wskazując, że w wybranych regionach kraju – jak choćby w województwie łódzkim, gdzie wskaźnik liczby lekarzy na 1000 mieszkańców wynosi 5,27 – kadr wcale nie brakuje, a w perspektywie dekady konieczne może być wręcz ograniczenie limitów przyjęć.
Kluczowe pytania, które stawiają sobie dydaktycy, brzmią:
- Czy polskie szpitale kliniczne i bazy dydaktyczne są w stanie pomieścić tak gigantyczną armię praktykantów bez uszczerbku na jakości nauczania?
- W jaki sposób utrzymać wysokie standardy relacji klinicznych, skoro przyszły lekarz podczas całej kariery przeprowadzi setki tysięcy rozmów z pacjentami, a te umiejętności wymagają precyzyjnego treningu w małych grupach?
- Czy szybki wzrost liczby absolwentów faktycznie przełoży się na skrócenie kolejek do specjalistów, czy raczej wywoła lokalne nasycenie rynku?
Choć rząd stawia na walkę z luką pokoleniową, Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy oraz inni reprezentanci środowiska powtarzają jak mantrę: problemem polskiej medycyny nie jest wyłącznie brak samych rąk do pracy, ale przede wszystkim organizacja całego systemu i warunki panujące w placówkach publicznych. Bez uzdrowienia tych fundamentów, nawet największa armia świeżo upieczonych dyplomów może napotkać na mur biurokracji i wypalenia zawodowego.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl