Gdyby system ochrony zdrowia był sprawnie działającym organizmem, neurologia powinna pulsować w samym jego centrum. Zamiast tego – jak wskazują najnowsze analizy ekspertów – ta niezwykle szeroka dziedzina medycyny od lat zmaga się z kryzysem, który przypomina powoli sunącą lawinę. Statystyki nie pozostawiają złudzeń: z różnymi schorzeniami układu nerwowego zmaga się już co trzeci Polak, a starzejące się społeczeństwo sprawia, że pacjentów lawinowo przybywa. Czy polskie szpitale i poradnie są gotowe na falę zachorowań, która puka do drzwi gabinetów z siłą niekontrolowanego wyładowania synaptycznego?
Zrozumienie skali problemu wymaga spojrzenia na twarde dane. Jak wynika ze wspólnych raportów środowiska medycznego, w tym Polskiego Towarzystwa Neurologicznego, choroby neurologiczne należą do głównych przyczyn trwałej niepełnosprawności oraz utraty zdrowia. W samym 2023 roku polscy neurolodzy diagnozowali i leczyli około 6 milionów pacjentów. Wśród najczęściej uderzających w społeczeństwo schorzeń wymienia się m.in. udary mózgu, migreny, padaczkę, neuropatie cukrzycowe czy postępujące otępienia, w tym chorobę Alzheimera. Choć brzmi to jak scenariusz medycznego dramatu, dla wielu chorych dramatem jest już sama ścieżka prowadząca do uzyskania właściwej pomocy.
I tu dochodzimy do punktu zapalnego, o którym w kuluarach mówi się najgłośniej. Braki kadrowe w polskiej neurologii przestały być zwykłym wyzwaniem, a stały się realnym zagrożeniem dla ciągłości leczenia. Średni wiek specjalisty w tej dziedzinie oscyluje wokół 54-55 lat, a niemal co trzeci praktykujący lekarz osiągnął już wiek emerytalny. Co więcej, młodzi medycy nieszczególnie chętnie wybierają tę ścieżkę – i choć wpisanie neurologii na listę specjalizacji priorytetowych nieco poprawiło nastroje, zastępowalność pokoleniowa wciąż kulaje. Działają tu czysto proste mechanizmy rynkowe: praca na oddziałach jest obciążająca, a procedury przez lata uchodziły za dramatycznie niedoszacowane. Przekornie można by rzec, że łatwiej dziś o szybki termin u wróżki niż o dogłębną konsultację u doświadczonego epileptologa w ramach NFZ, co oczywiście jest ponurym żartem z gatunku tych, po których śmiać się wcale nie wypada.
Sytuację pogłębia nierównomierne rozmieszczenie kadr w kraju. Podczas gdy województwo mazowieckie może liczyć na ponad 19 neurologów na 100 tysięcy mieszkańców, w regionach takich jak lubuskie wskaźnik ten drastycznie spada. Do tego dochodzą problemy z obsługą programów lekowych – np. w przypadku stwardnienia rozsianego (SM) czy schorzeń rzadkich, gdzie nakłady administracyjne i finansowe na koordynację terapii kuleją na tle innych specjalności medycznych. Nie da się ukryć, że mózg – narząd odpowiadający za absolutnie wszystko, co robimy, czujemy i myślimy – w politycznych priorytetach budżetowych często lądował na szarym końcu, tuż za bardziej medialnymi dziedzinami medycyny.
Światło w tunelu jednak powoli się pojawia. Debaty podczas gremiów takich jak Forum Ochrony Zdrowia czy inicjatywy Parlamentarnego Zespołu ds. Chorób Centralnego Układu Nerwowego pokazują, że problem wreszcie zaczyna być głośno nazywany po imieniu. Konieczność podniesienia wycen świadczeń, uszczelnienia sieci opieki oraz stworzenia prawdziwie narodowej strategii dla zdrowia mózgu to postulaty, od których nie ma już ucieczki. Bez odważnych decyzji finansowych i mądrej organizacji kadr, cała polska neurologia ryzykuję utratę stabilności. A przecież sprawny układ nerwowy całego państwa zaczyna się od zdrowego układu nerwowego każdego z jego obywateli.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl