Gdyby nasz organizm wysyłał powiadomienia w aplikacji za każdym razem, gdy dzieje się z nim coś niedobrego, kolejki w punktach pobrań pewnie pękałyby w szwach. Ponieważ jednak milczy jak zaklęty, a groźne choroby potrafią latami rozwijać się bezobjawowo, musimy polegać na czymś znacznie mniej widowiskowym – zwykłym, małym ukłuciu w palec lub żyłę. Choć portal Badania krwi – informacje. Czytaj więcej na rynekzdrowia.pl regularnie nagłaśnia ten temat, a statystyki krzyczą o potrzebie zmiany nawyków, rzeczywistość w laboratoriach bywa letnia. Dlaczego tak panicznie uciekamy przed prostą igłą, która mogłaby uratować nam życie?
Temat diagnostyki laboratoryjnej powraca jak bumerang w każdej dyskusji o systemie ochrony zdrowia. Z najnowszych raportów rynkowych i analiz, o których głośno w branżowych mediach, wynika smutny wniosek: mimo że doskonale wiemy o konieczności dbania o siebie, w praktyce wypadamy blado. Z danych zaprezentowanych chociażby w opracowaniu „Zdrowie w liczbach” wynika, że choć blisko 70% dorosłych Polaków deklaruje wykonanie przynajmniej jednego badania w roku, to regularnie – czyli tak, jak zalecają lekarze – bada się zaledwie **około 25% do 31%** populacji. Reszta? Część z nas pojawia się w gabinecie dopiero wtedy, gdy organizm dosłownie zaczyna się buntować i domagać ratunku.
Strach ma wielkie oczy (i małą igłę)
Specjaliści zajmujący się psychologią zdrowia wskazują na bardzo ciekawy mechanizm obronny. Psychoonkologowie z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego zwracają uwagę, że za niską frekwencją w laboratoriach stoi zwykły, ludzki lęk. Boimy się nie tyle samego ukłucia, ile tego, co może pokazać kartka z wynikami. Lepiej żyć w błogiej nieświadomości i powtarzać sobie „przecież nic mnie nie boli”, niż skonfrontować się z potencjalną diagnozą. To taka dorosła wersja chowania głowy w piasek – dzisiaj jest mi dobrze, więc wolę nie sprawdzać, czy jutro też tak będzie.
Tymczasem podstawowy pakiet, czyli klasyczna morfologia krwi, poziom glukozy czy profil lipidowy, to dosłownie kilka minut strachu i bezcenna wiedza na tacy. Współczesna medycyna przypomina, że morfologia potrafi zdradzić ukryte stany zapalne, początki anemii, a nawet zaburzenia odporności na długo zanim poczujemy zmęczenie. Aż dziw bierze, że tak potężne narzędzie diagnostyczne mamy na wyciągnięcie ręki, a wciąż traktujemy je jak zło konieczne.
Co oferuje nam system?
Warto zauważyć, że państwowe programy próbują gonić zachodnie standardy. Od pewnego czasu funkcjonują inicjatywy ułatwiające dostęp do darmowych przeglądów organizmu – od dawnego programu Profilaktyka 40 PLUS po nowsze rozwiązania w ramach POZ, takie jak program „Moje Zdrowie” skierowany do osób dorosłych już po dwudziestym roku życia. Wypełnienie ankiety na Internetowym Koncie Pacjenta (IKP) i uzyskanie skierowania na podstawowe badania, w tym glukozę, kreatyninę czy próby wątrobowe, stało się prostsze niż kiedykolwiek. Mimo to frekwencja w wielu punktach wciąż pozostawia wiele do życzenia, a eksperci w sejmowych komisjach regularnie łapią się za głowy, patrząc na statystyki zgłaszalności.
Może więc zamiast czekać na odgórne kampanie, warto ułożyć sobie prosty kalendarz domowy? Raz w roku wrzucić w plan dnia wizytę w laboratorium tak, jak wrzucamy przegląd samochodu na stacji kontroli pojazdów. W końcu własne ciało rzadko oferuje darmowe części zamienne, a profilaktyka – jakkolwiek banalnie to brzmi – wciąż pozostaje najtańszą polisą ubezpieczeniową na rynku.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl