Szafy pęczniejące od papierowych kartotek i nieczytelne, bazgrane na kolanie notatki powoli odchodzą do przeszłości. W polskiej ochronie zdrowia trwa cicha rewolucja, której głównym bohaterem jest elektroniczna dokumentacja medyczna. Choć cyfryzacja miała przynieść wyłącznie ulgę, rzeczywistość okazuje się nieco bardziej skomplikowana. Zamiast starych segregatorów mamy dziś systemy informatyczne, platformę P1 oraz aplikacje w smartfonach, które budzą zarówno entuzjazm, jak i spore kontrowersje w środowisku medycznym. Co tak naprawdę kryje się za tymi trzema literami i dlaczego temat ten nie schodzi z czołówek portali takich jak Elektroniczna dokumentacja medyczna – informacje. Czytaj więcej na rynekzdrowia.pl? Przyjrzyjmy się temu z bliska.
Z perspektywy pacjenta zmiana ta wygląda niemal jak scenariusz filmu science-fiction – choć takiego, w którym czasem zacina się projektor. Jeszcze do niedawna wizyta u nowego specjalisty wiązała się z noszeniem pod pachą wielkiej teczki pełnej wyników badań, klisz rentgenowskich czy wypisów ze szpitala. Dziś, dzięki wdrażaniu standardów Elektronicznej Dokumentacji Medycznej (EDM) oraz integracji z takimi narzędziami jak Internetowe Konto Pacjenta (IKP) czy aplikacja mojeIKP, historia leczenia teoretycznie powinna podążać za nami automatycznie. Wystarczy kilka kliknięć, aby lekarz w zupełnie innym mieście zobaczył nasze ostatnie wyniki laboratoryjne lub opis rezonansu. Brzmi pięknie, prawda? Czasem mam wrażenie, że żyjemy w epoce, w której technologia wyprzedza naszą cierpliwość – zwłaszcza gdy system znowu „mówi”, że nie ma połączenia z serwerem.
Od papieru do chmury: co wchodzi w skład EDM?
Warto wyraźnie rozróżnić zwykłe notatki lekarskie robione na komputerze od właściwej EDM. Ta druga to ściśle zdefiniowany zestaw cyfrowych dokumentów, które muszą trafiać do ogólnokrajowego systemu wymiany danych. Zgodnie z przepisami, w katalogu tym znajdziemy m.in. karty informacyjne z leczenia szpitalnego, wyniki badań laboratoryjnych wraz z opisami, a także opisy specjalistycznych badań diagnostycznych.
Oto najważniejsze elementy, które tworzą elektroniczny profil pacjenta w systemie:
- Informacje od lekarza kierującego do poradni lub szpitala (rozpoznanie, leczenie, zalecane leki).
- Wypisy ze szpitali oraz dokumentacja z Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych (SOR).
- Szczegółowe wyniki badań laboratoryjnych.
- Opisy badań obrazowych (RTG, USG, rezonans magnetyczny itp.).
Co ciekawe, presja na placówki medyczne rośnie nieustannie. Jak podaje portal Prawo.pl, od maja ubiegłego roku brak pełnego dostosowania dokumentacji do wymogów cyfrowych może skutecznie zablokować szpitalom drogę do uzyskania prestiżowych certyfikatów akredytacyjnych. To sprytny bat na opornych dyrektorów – ministerstwo dobrze wie, że bez twardych wymogów jakościowych niektórzy wciąż prowadziliby kartoteki na maszynach do pisania.
Z perspektywy białego weterana stetoskopu
A jak na to wszystko patrzą sami zainteresowani, czyli lekarze i personel medyczny? Tutaj nastroje bywają podzielone. Z jednej strony docenia się fakt, że pacjent nie zatai przed nami żadnych leków, bo wszystko widać w systemie. Z drugiej strony statystyki Ogólnokrajowego Związku Zawodowego Lekarzy bywają bezlitosne – niemal połowa medyków spogląda na EDM jak na „niezbędne zło”, narzekając na czasochłonność cyfrowych formularzy i biurokrację zjadającą cenny czas przeznaczony dotąd na rozmowę z chorym.
Nie ukrywajmy: wpisywanie kodów ICD-10, klikanie w dziesiątkach okienek i dbanie o to, by każdy dokument opatrzyć odpowiednim podpisem elektronicznym (profil zaufany lub podpis kwalifikowany), potrafi zmęczyć. Lekarz w gabinecie staje się po trosze administratorem bazy danych. A przecież pacjent przychodzi po diagnozę, a nie po to, by patrzyć w plecy w megapikselach wpatrzonego w monitor doktoranta.
Bezpieczeństwo danych w erze cyberzagrożeń
Im więcej danych w sieci, tym większe ryzyko. Temat cyberbezpieczeństwa w ochronie zdrowia rzadko schodzi z czołówek gazet, zwłaszcza w obliczu incydentów wymierzonych w dostawców oprogramowania medycznego, o których głośno było pod koniec lata. Choć centralny system P1 trzyma się mocno, incydenty w zewnętrznych firmach obsługujących przychodnie pokazują, jak krucha bywa cyfrowa infrastruktura. Ochrona danych medycznych to dziś poligon doświadczalny dla informatyków, a błąd w konfiguracji chmury może słono kosztować całą placówkę.
Mimo tych bólów porodowych, odwrotu od elektronicznej dokumentacji medycznej już nie ma. System ewoluuje, aplikacje stają się coraz bardziej przyjazne, a pacjenci zyskują narzędzia do realnej kontroli nad swoim leczeniem. Pytanie nie brzmi już „czy” przejdziemy na cyfryzację całkowicie, ale jak szybko uda się wyeliminować błędy wieku dziecięcego i sprawić, by technologia naprawdę służyła ludziom, a nie odwrotnie.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl